Przejdź do głównej zawartości

BRAK ,,ZAPROSZENIA''..

Po urodzeniu synka miewałam raz gorsze raz lepsze dni.. Zawsze niezwłocznie był przy mnie mój mąż i moi teściowie znosząc najgorsze z możliwych..

Opiekunowie długo nie pozwolili mi i sobie zapomnieć.. Dwa miesiące po ślubie zaczynałam mieć wątpliwości co do ,,swoich rodziców" zastanawiając się o co w tym

 wszystkim codzi zadając sobie przeróżne pytania ,,Czy oni wogóle są moimi rodzicami?" No bo skoro zaczynali mi przez telefon robić kazania, a z czasem wogle zaprzestali odbierać

telefony ode mnie to coś musiało być nie tak.. Sama się dziwiłam, że w moich myślach i w mojej głowie pojawiały się wątpliwości co do tego kto jest moim 

prawdziwym rodzicem.. Na początku myślałam, że Pan Józef zdradził Panią Teresę i ona w ramach zemsty na swoim mężu postanowiła się mścić nie tylko na nim, ale

również na mnie samej.. No przeróżne przemyślenia przychodziły mi do głowy.. Moja ukochana mama łapała się za głowę i tylko powtarzała ,,No co ty Dominika to nie

prawda. Aktu urodzenia nie dałoby się podrobić w żaden sposób.." Ja coś przeczuwałam, że moja osoba ma drugie dno i zdarzy się coś co całkowicie zmieni moje życie..

Miejsce urodzenia miałam zupełnie inne niż adres zamieszkania.. Za każdym razem jak się pytałam dlaczego nie urodziłam się w Jeleniej Górze zawsze odpowiedź 

dla nich była oczywista ,,Bo szpital w Jeleniej Górze był zamknięty.." No odważnie.. Teresa Dubik wolała w tych bólach jechać 60km, aby urodzić ,,swoje dziecko"..

Zawsze po tym zdaniu odpuszczałam i przyjmowałam do wiadomości ich wersję.. No, ale w 1984 roku jak rodziła swojego pierworodnego syna w szpitalu na 

Żeromskiego w Jeleniej Górze to jakoś szpital był otwarty i kobiety z tego co się dowiedziałam od swojej teściowej to był otwarty i kobiety normalnie rodziły

tam swoje dzieci, a nie jechały ileś tam kilometrów i to jeszcze w bólach porodowych, aby urodzić.. No wiem, że to może jest śmieszne, ale zapewniam, że 

cudaczne matki też istnieją na tym świecie nie kryjące się ze swoimi naprawdę cudacznymi pomysłami i to niekoniecznie dotyczące przyjścia dziecka na świat..  

To że mój kontakt z rodziną mojego opiekuna się posypie to wiedziałam praktycznie od pierwszej ich głośnej kłótni w której byłam obecna.. Jak zaszłam w ciążę 

bardzo konsekwentnie chroniłam, aby rodzina Józefa Dubika nie dowiedziała się tego.. Stało się inaczej niż sama bym tego chciała.. 

Półtora miesiąca przed porodem ostatni raz rozmawiałam z jego matką, a moją babcią chociaż teraz napewno bym tak nie powiedziała do niej..Bardziej bym jej i jej

mężowi wszystko wygarnęła aniżeli bym z nimi po ludzku spokojnie porozmawiała.. Jeszcze za nim nie dowiedziałam się od Ewy tej prawdy, która mną 

wstrząsnęła było wszystko dobrze.. Po rozmowie z Matką mojego opiekuna której oczywiście obiecywałam, że będę się odzywać, będę przyjeżdżać nic nie 

wskazywało tego, że ten kontakt zostanie bezpowrotnie zamknięty.. I tak się stało.. Jak podejrzewałam, że jeden z nich jest moim rodzicem, a drugi zdradził to miałam

dla siebie takie wytłumaczenie, że ,,Lepiej gdyby Teresa nie była moją matką" albo, ,,Skoro on ją zdradził to chyba musiał mieć solidny powód, aby to zrobić.."Ja się wogle 

dziwiłam że u nich żadnej zdrady nie było, no ale kto tam ich wie..Raczej oni sami wiedzą jaka w tym wszystkim jest prawda.. Jak zdawałam sobie sprawę, że ich 

zachowanie odbiegało naprawdę grubo od normy rodzicielskiej zaczynałam mówić ,,Już wolałabym być z domu dziecka, niż mieć takich rodziców" No totalnie nie 

podejrzewałam, że moje słowa się sprawdzą dwuznacznie.. Jak się trochę otrzepałam i ochłonęłam tą wiadomością byłam prawiepewna, że już nie skontaktuję się z 

jego matką, bo po prostu się bałam jakby ona to przyjęła, a prawdopodobnie oni przechodzili tą całą procedurę adopcyjną podścisłą tajemnicą w której była zamieszana 

właśnie matka Ewy, która była współtwórczynią wszystkich ważnych wydarzeń z życia Józefa, Łukasza i Teresy.. Rodzina Jej tym bardziej nic nie wiedziała.. Jak 

zaczynałam się otwierać kontaktując się z jego braćmi czułam jakby ciężki głaz usuwał mi się z serca.. Czy chciałamz ich strony jakiejś litości, czy wsparcia? Po 

pierwsze napewno bym tego wsparcia nie uzyskała od nich.. Po drugie to są ludzie całkowicie pozbawieni wszelkich uczuć,empatii do drugiej osoby.. No a po trzecie oni 

nic konkretnego i ważnego tej rodzinie nie dali..Nic oprócz kłótni i ciągłych słow bruzgających drugą osobę.. 


W 2017 roku bardzo niespodziewanie odezwał się do mnie syn Władka - Szymon ze swoją narzeczoną.. Oboje postanowili dać mi i Przemkowi zaproszenie na ślub..

Zaproszenie przyjęłam chociaż nie za bardzo chciałam brać udział w tej uroczystości.. Dlaczego? Szymona zaprosiłam na swój ślub pod namową mojej opiekunki..

W dodatku nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą, także wogle się nie znaliśmy i nie znamy do tej pory.. Jego narzeczona powiedziała ,,Jak nie chcesz być na weselu to

bądź chociaż na ślubie.." Ujęła mnie swoją nagłą spontanicznością i bezceremonialną szczerością.. Zaproszenie przyjęliśmy i obiecaliśmy, że na ślubie się pojawimy..

Scenariusz trochę zrobił psikusa i to nie małego, bo jak obydwoje dawali nam zaproszenie na ślub za jakiś miesiąc organizowali pogrzeb matki mojego opiekuna..

Jak się o tym dowiedziałam.. To było na początku kwietnia miałam wtedy zmianę 8-16 w progu jak otworzyłam drzwi moja mama na starcie powiedziała mi, że babcia 

nie żyje i jutro o 13 jest pogrzeb.. Zadzwonił do niej na komórkę kuzyn panicza.. Szok i niedowierzanie..Panicz nie poinformowal, Szymon nie poinformował mimo, że 

obiecywał, że jak coś się wydarzy z babciąto da mi znać.. No tak się nie stało.. Ja już nie mówię o pańci, bo ona to za zwykłego grosza dałaby się w łyżeczce wody 

utopić, aniżeli poinformować o pogrzebie babci.. Taka byłam wściekła.. Bo to nie jest istotne czy bym była i złożyła te kwiaty, bo to tylko i wyłącznie moje sumienie i 

moja dobrowolna decyzja, której o dziwo nie żałuję, ponieważ za nic ,,babci" nie szanowałam o czym się po latach dowiedziałam po ich rodzinnych ekscesach.. Ja byłam 

w tej rodzinie i nie ważne jaka byłabymoja decyzja odnośnie przyjazdu na pogrzeb poinformować nalezało mnie mimo mojego braku odzewu.. Następnego dnia 

zaczynałam zmianę 14-22 i myślami byłamw Chmieleniu.. Także te kilka godzin przed pogrzebem nie dałabym rady załatwić wieńca..Ba nawet porozmawiać z 

kierownikiem nie zdążyłabym, bo czasu normalnie było za mało.. Także wielkie podziękowania dla rodziny i ich poddanych za wszelaką wyrozumiałość i decyzję o 

nieinformowaniu mnie o pogrzebie..Na tym pogrzebie był przede wszystkim mój duch z wszelakim i szczerym bólem, nienawiścią, rozpaczą że zostałam potraktowana 

jak jakiś śmieć, jak jakiś niepotrzebny przedmiot, którego bezżadnego żalu i wstrętu, że będzie zalegał w domu można wywalić.. Po trzech latach mi przeszło bo sobie 

zdałam sprawę, że muszę o nich zapomnieć, że to nie ma sensu.. Ale to nie oznacza, że wybaczyłam im.. Wybaczyłam sobie stawiając, a raczej starając się postawić 

taki mur, który ma oddzielić złe chwile spędzone w tej rodzinie.. Spędzone w bólu i strachu przed samą sobą, w którym byłam otoczona niepowtarzalną agresją, która 

doprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego..   





Po pogrzebie napisała do mnie na facebooku młodsza siostra mojego chrzestnego - Marta.. Obwiniała mnie o brak odzewu do babci, mówiła, że tak się nie robi, że 

byłam w ich rodzinie tak więc powinnam godnie pożegnać Stefanię.. Ja próbowałam się przysłowiowo ,,wytłumaczyć", że nic kompletnie nie wiedziałam, że babcia nie 

żyje, że dowiedziałam się dzień przed tym pogrzebem..

Po rozmowie z Martą wyczułam mimo, że jej naocznie nie widziałam totalną obojętność w stosunku do mnie.. Bardzo ją wtedy znienawidziłam i podejrzewam, że kiedyś

jej to wypomnę, ale w zupełnie innych słowach.. Jedno jest pewne nikt kto nie przeżył takiego upokorzenia i to od osoby z najbliższej rodziny nie jest w stanie sobie

tego w żaden sposób wyobrazić... Dla mnie jest to duża lekcja życia..Lekcja rodzinna, która jednoznacznie pokazuje, że nawet z rodziną dobrze się na zdjęciach nie 

wychodzi..    




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

DRZEWO I BAJKA..

W tym temacie będę opisywać dwa indywidualne spotkania z pracownikami Ośrodka. Pierwsze takie spotkanie miało na celu omówienie drzewa genealogicznego rodziny.. To co to jest drzewo  genealogiczne to wyjaśniać nie będę, ale będę pisać co pary w tym drzewie musiały uiszczać..  Na początku panie szkolące bardzo wyraźnie i głośno podkreślały, że rodzina biologiczna dziecka musi znaleźć się tam, bo to ,,część historii tego dziecka" .. Narzucały swoje racje - sprzeciwu słuchać  nie chciały.. Oczywiście była anegdota że ,,dziecko będzie miało swoją nową historię", ale nie powinno się zapominać o tych korzeniach z dawnego życia.. Było to dla mnie absurdalne i wręcz niedorzeczne, no ale taki był program tego całego szkolenia.. My z racji tego, że podjęliśmy się tego szkolenia w jednym konkretnym celu : dowiedzenia się jak to było po krótce z moją adopcją  musieliśmy grać w tym teatrzyku i opowiadać historie wyssane z palca.. Również musieliśmy  powymyślać jaką my to mam...

,,RÓZIA CICHO''.. CAŁA PRAWDA O RODZINIE ZASTĘPCZEJ..

Któż to ten rodzic zastępczy? Nasuwa się pytanie, gdyż to też jest temat tabu, który pomija bardzo wiele szczegółowych informacji Ośrodek.. Tutaj zamierzam opowiedzieć, wyjaśnić kim jest taka rodzina, czym się zajmuje, jak przebiega proces wychowania dziecka właśnie w takiej rodzinie, jak dziecko odnajduje się w rodzinie zastępczej, oraz co się z dzieckiem dzieje jak trafi do rodziny  adopcyjnej.. Rodzic zastępczy jest to opiekun, który przyjmuje dzieci/dziecko w nagłych sytuacjach do czasu unormowania się sytuacji prawnej dziecka.. Pełni również funkcję opiekuńczą nad dziećmi,  które nie mogą być wychowywane przez rodziców biologicznych.. Kiedy dochodzi do styczności, czyli przekazaniu dziecka rodzinie adopcyjnej, wówczas rodzinie ( czyli rodzinie faktycznej ) przysługują  wszystkie świadczenia rodzinne ( 800+, becikowe, rodzinne.. ) o tym ośrodek mówi, ale już po  faktycznej rozprawie.. Tymczasem prawda jest inna - rodzina może się starać o te świadczenia już podcz...

ZESPÓŁ FAS, FASD, CHOROBA SIEROCA, PRZEMOC..

Tutaj troszeczkę przeniosę się w tą ciemniejszą stronę adopcji, czyli mowa będzie o czynnikach   hamujących, lub zaburzających prawidłowy rozwój dziecka.. No jest to dosyć trudny temat, bo każdy  rodzic chciałby mieć zdrowe dziecko, niekiedy zdarzają się przypadki, kiedy ,,taki rodzic" ma  głęboko w czterech literach czy dzieciątko urodzi się zdrowe czy też chore.. Każde dziecko czy te  zdrowe jak i również te chore chce doświadczyć tej miłości mamy i taty, ale nie każdemu dziecku jest to pisane.. Przykre, ale prawdziwe ;( Kobieta będąc w ciąży nie jest w stanie odrzucić alkoholu, narkotyków, bądź papierosów, wtedy dochodzi do przeróżnych zmian w jej organiźmie.. Nigdy, ale  to naprawdę nigdy nie zrozumiem takich kobiet, które mając gdzieś to ,,nowe życie" robią wszystko, żeby dziecko urodziło się np z chorobą alkoholową.. Pierwszym takim dosyć częstym zjawiskiem choroby płodu jest zespół FAS ( Alkoholowy zespół  płodowy ) Na szkoleniu była oczywiście ...